Pokazywanie postów oznaczonych etykietą portal-bytom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą portal-bytom. Pokaż wszystkie posty

1 kwi 2012

Propaganda sukcesu?



„Bytom – energia kultury”, „Bytom buduje nowe mieszkania”, „Bytom buduje drogi”. Między innymi takimi plakatami jesteśmy zarzucani przy wjeździe do naszego miasta. Zwykły chwyt marketingowy, czy faktyczny rozwój?
          Plakat o energii kultury jest porozwieszany w wielu miejscach. Słupy ogłoszeniowe, Becek, billboardy. Jednak najbardziej uderza i przyprawia o śmiech przyklejenie go na zamkniętym i zrujnowanym budynku kinoteatru Bałtyk. Młodsi mieszkańcy nie pamiętają już tego specyficznego miejsca, które było połączeniem sali kinowej i desek tradycyjnego teatru. Tam chodziło się ze szkołą na przedstawienia, wystąpienia Majki Jeżowskiej czy na „W pustyni i w puszczy” poprzedzone kwiecistą mową Jakiegoś Pana*. Dziś jest to rudera, której okna i drzwi zabetonowano. Z budynkiem od lat nikt nic nie robił i nadal nie robi. Dlatego wyjątkowym szyderstwem wydaje się być umieszczony właśnie w tym miejscu plakat o rzekomej energii kulturalnej naszego miasta.
bytom.pl
      
    Co do budowy mieszkań. Owszem, kontenery dla bezdomnych powstały, jednak o mieszkaniach na razie ani widu, ani słychu. Dlaczego? Przecież miasto dostało odszkodowania od Kompanii Węglowej. Pieniądze prawdopodobnie poszły na spłacenie zadłużenia Bytomia, jednak jest to wersja nieoficjalna i niepotwierdzona. Faktem jednak jest, że zamiast nowych i pięknych mieszkań, coraz więcej osób widzi popękane budynki i z trwogą zastanawia się, czy następnej zimy będą mieli gdzie mieszkać. Inna kwestia, że w Bytomiu wynajem nie jest znowu aż tak tani, chyba, że ktoś ma ochotę żyć w piwnicy z oknem, który robi za toaletę dla bezdomnych. 
bytom.pl

           Kolejna kwestia – drogi. Tutaj twórca plakatu wyraził chyba swój sarkazm co do promowanej idei. Zamiast pięknej (ściągniętej chociażby z Internetu) koniczynki, która symbolizowałaby rychły sukces budowniczych, widzimy jeden wielki rozkop. Nie byłoby to może jeszcze aż takie śmieszne, gdyby nie fakt, że taki billboard wisi sobie na Karbiu koło McDonalda tuż przed wielkim realnym rozkopem, który ma się przerodzić w Obwodnicę Północną i dojazdówkę do autostrady. 

          Pozwalając sobie na odrobinę złośliwości, mam propozycję dla Biura Promocji Bytomia, aby następny plakat przyczepić wraz z pierwszym śniegiem w grudniu, najlepiej z hasłem „Bytom odśnieża wiadukt”. Kto często jeździ pomiędzy centrum a Karbiem wie, jaką przygodą jest pląsanie po lodzie na szczycie wiaduktu przy jednoczesnej trwodze, jaką się odczuwa na widok identycznie pląsającego autobusu linii 623. Coś w sam raz na rozbudzenie z rana, MZDiM powinien taką atrakcję zalecać zamiast kawy. 

          Może i nie jest tak źle, jak ja to opisuję? Może faktycznie gdzieś tam, hen w oddali budują się te mieszkania i ogrzewane są nieprzeciętnym zasobem energii kultury? Jednak ja, jako rodowita bytomianka kurna chata tego nie widzę. A w uszach tylko pobrzmiewa szydercze: „ja twoja rana, twoja kochana, to ja propaganda sukcesu!”. 




*Niestety nie pamiętam już kim on był.

18 mar 2012

Tramwajowe staruszki

obrazky.pl

- Ach, ta dzisiejsza młodzież! - wzdycha starsza pani z krzywym uśmiechem, stając nad głową pewnego młodzieńca. Dookoła pełno wolnego miejsca, jednak ona upatrzyła sobie dokładnie to krzesełko.
        Nie istnieje człowiek, tak w Bytomiu, jak i na świecie, który choć raz nie usłyszałby tego tekstu nad uchem w tramwaju czy autobusie. Wzdychanie, często mlaskanie z niezadowoleniem, czasem nawet stukanie laską. Nie ważne, czy stoją nad dziesięciolatkiem, nastoletnim wyrostkiem obładowanym bagażami jak wół pociągowy czy trzydziestoletnią kobietą w zaawansowanej ciąży. Im należy ustąpić miejsca, chociaż jeszcze przed paroma minutami wykazywały szaleńczą żywiołowość podczas sprintu do tramwaju z pobliskiego targu.
        O dziwo, te najbardziej udręczone życiem, schorowane i w zaawansowanym wieku, nigdy się nie dopominają o miejsce. Z reguły człowiek sam wstaje, bez dodatkowych próśb. Te, które najczęściej narzekają, nie dość, że mają więcej w sobie życia od ustępującego, to jeszcze próbują walczyć ze wszystkimi.

         Niegdyś usłyszałam od lektora języka angielskiego pewną historyjkę. Rzecz się działa w tramwaju w Katowicach, który akurat zatrzymał się na przystanku. Był w połowie zapełniony, wiele miejsc było jeszcze wolnych. Do środka wgramolił się starszy pan.
- USTĄPCIE MI MIEJSCA! JASNE, NIE WYCHOWANI JESTEŚCIE, NIKT NIGDY NIE USTĄPI MI MIEJSCA! - ryknął gromko, nawet nie rozglądając się na boki. Większość pasażerów była w szoku, tylko jedna starsza pani podeszła do niego i z rozbrajającym uśmiechem powiedziała:
- Zamknij się, stary durniu, już się dość nasiedziałeś w życiu! A w ogóle najpierw byś się rozejrzał, a potem mordę rozdzierał!
Pan, oczywiście oburzony, usiadł na pierwszym lepszym miejscu i na następnej stacji wysiadł.
         Inna historia, tym razem z mojego archiwum pamięci, kiedy jeździłam codziennie do Katowic do szkoły. Tego dnia miałam dość sporo rzeczy, oprócz plecaka dwie reklamówki – w jednej buty na zmianę i książki z biblioteki, w drugiej materiały do projektu. Jako, że wsiadałam w Bytomiu, zajęłam sobie miejsce siedzące i w spokoju wyciągnęłam atlas geograficzny oraz notatki na sprawdzian. Dojeżdżając do chorzowskiego rynku, tramwaj był już zatłoczony po brzegi, jednak to nie przeszkodziło wsiadającej babci stanąć nade mną i upomnieć się o swoje miejsce.

-Jasne, będzie udawać, że się uczy i miejsca nie ustąpi! - zaczęła lamentować. Zagryzłam zęby, nie wstałam. Jęczenie, postękiwanie nadal trwało, dołączyli się inni. W końcu ustąpiłam miejsca, chwytając wszystkie swoje rzeczy i nie mając za bardzo czym się przytrzymać poręczy, aby nie upaść. Oczywiście babulinka wysiadła po dwóch przystankach. Ja miałam przed sobą jeszcze dwadzieścia.
           Ogólnie, jeśli chodzi o chorzowski rynek, można wiele ciekawych rzeczy zaobserwować. Zwłaszcza w godzinie marchewkowej, czyli gdzieś ósma, dziewiąta rano, kiedy na straganach pojawiają się świeże jarzyny. Tłum starszych pań z torbami na kółkach, które w chwili, kiedy widzą odjeżdżający tramwaj, puszczają się biegiem do drzwi. Oczywiście robią to na ostatni moment, kiedy sygnał odjazdu już przebrzmiał, a drzwi już się prawie zamknęły. Można mieć wrażenie, obserwując takie sceny każdego dnia, że starsze panie urządzają sobie swoiste zawody, której ile razy się uda wsiąść do tramwaju w ostatniej sekundzie.
          Właśnie w czasach, kiedy musiałam poruszać się komunikacją miejską, wymyśliłam pewien projekt. Mianowicie w godzinach szczytu, czyli od 7 do 9 rano oraz 14 do 17 popołudniu, wprowadzić zakaz wsiadania tego typu osób. Żeby nie czuły się dyskryminowane, to podstawić inny tramwaj lub autobus, specjalnie dla nich. Jednak doszłam do wniosku, że to by się nie przyjęło. Dlaczego? Bo staruszki straciłyby całą zabawę, którą niewątpliwie jest narzekanie na wszystkich i na wszystko. 

           A na zakończenie ostatnia historyjka, tym razem rodem z Miasta Królów, o której opowiedziała mi znajoma. Tramwajem przemieszczała się pewna kobieta w ciąży, kiedy do środka wsiadła starsza pani. Wokół oczywiście było pełno miejsca, ale oczywiście staruszka już sobie wybrała ofiarę. Stanęła i stękała.
  • Nikt mi nie ustąpi miejsca!
  • Proszę pani, ale ja jestem w czwartym miesiącu ciąży. Dzisiaj nie najlepiej się czuję i wolałabym jednak nie stać. - powiedziała kobieta. Staruszka spojrzała na nią wściekła. Obrzuciła wzrokiem brzuch, potem ręce i rzuciła:
  • A OBRĄCZKA TO GDZIE?!
    W związku z powyższym, życzę sobie i innym, abyśmy w podeszłym wieku byli mniej uciążliwi dla otoczenia.

23 lut 2012

Sąsiad sąsiadowi wilkiem

demotywatory.pl
Zablokowanie miejsca parkingowego, zasypanie samochodu po dach czy zwyczajne nie udzielenie pomocy przy wykopywaniu się z zaspy. Tak wyglądają stosunki sąsiedzkie w wielu miejscach Bytomia.
           Autorka tego tekstu bije się w pierś i przyznaje, że również bywa złośliwa. Nie pomaga, blokuje, zasypuje. Jednak nic się nie bierze z niczego i jak powszechnie wiadomo, akcja rodzi reakcję. Ktoś kiedyś zaczął w ten sposób postępować, a druga osoba kierując się żądzą zemsty postąpiła podobnie. I się nakręciło.

          Dochodzi jednak do tak absurdalnych sytuacji, że nawet w najprostszych sytuacjach nie uzyskuje się pomocy. Dziś pewnej kobiecie w średnim wieku zablokowało się auto na zaspie. Nie pomogłam, gdyż wielokrotnie kiedy moje auto „wisiało”, ta pani potrafiła jedynie zza okna obserwować sytuację, ewentualnie grozić ręką, że jej zanadto gazuję pod oknem. Czy moje zachowanie było mądre? Raczej nie, w końcu powinno się pokazywać, że jest się lepszym, a nie na tym samym poziomie co inni.

          Inna sytuacja – złośliwe zasypywanie samochodu po sam dach. Dlatego, że komuś się nie podoba, że jeden z sąsiadów ma trzy samochody, a on tylko jeden. Złośliwość rodzi złośliwość i kończy się na tym, że obecnie góra śniegu zamiast wylądować gdzieś z boku, wędruje od auta do auta, powodując coraz to nowe zatargi.

         Problem jednak polega na tym, że nawet kiedy chce się pokojowo wyjaśnić sprawę, druga strona na to nie pozwala. Staliśmy się dość zacięci i z dziką satysfakcją blokujemy sąsiadowi jedyny wyjazd z ulicy, chociaż wiemy, że się akurat śpieszy. Latem do sąsiedzkich złośliwości dołączają: spuszczanie powietrza z opon, wykręcanie lusterek, przecinanie przewodu paliwowego. A wszystko w myśl fałszywej zasady: „wolnoć Tomku w swoim domku”.


         Co z tym zrobić? Zgłaszać na policję lub straży miejskiej? Nie warto z kilku powodów. Po pierwsze: nikt nikogo nigdy nie złapał za rękę. Dwa: dyżurny bardzo często wyśmiewa takie zgłoszenia, ewentualnie z łaską przyjeżdża patrol i oznajmia, że to jest sprawa dogadania się między ludźmi. Trzy: gdyby nawet reagowali, to co? Zamkną pół mieszkańców bloku/ulicy/osiedla?

        Bądźmy dla siebie ludźmi, chyba, że chcemy za niedługo zaopatrywać się w widły i wzajemnie szkalować, co w najgorszym przypadku doprowadzi do tego, że w razie poważnego problemu każdy będzie musiał liczyć tylko na siebie.

18 lut 2012

Pieszy to nie święta krowa!

news.prawodrogowe.pl
Idziesz spokojnie chodnikiem. W pewnym momencie musisz przejść na drugą stronę jezdni. Co robisz? Najczęściej po prostu wkraczasz na drogę, nie rozglądając się nawet dookoła. Jeśli jest pusto - masz szczęście. Ale jeśli wejdziesz komuś pod koła, to zadaj sobie pytanie - kogo obarczyć winą za wypadek?

W tym roku na bytomskich drogach zginął już jeden pieszy, a ośmiu zostało rannych w wypadkach. Dlatego przypominam: Najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo...


...bo tej prostej, zdawałoby się, rzeczy uczy się dzieci w przedszkolu i w podstawówce. Nie przechodzimy przez jezdnię, jeśli coś jedzie. Rozglądamy się, upewniamy czy droga jest pusta i dopiero wtedy przechodzimy. To nie jest trudne do zapamiętania. A jednak coraz mniej osób to stosuje. Nie wiadomo za bardzo skąd i dlaczego, wielu pieszych uznaje, że skoro oni przechodzą przez ulicę, to kierowca ma obowiązek uważać. Nie pieszy i kierowca, tylko sam kierowca.

Bo przecież to kierowca ma zachować szczególną ostrożność.

W porządku, kierowcy mogą zachowywać nawet super-mega-szczególną ostrożność nie tylko przed przejściami dla pieszych, ale wszędzie tam, gdzie mogą pojawić się osoby nie poruszające się pojazdem mechanicznym. Ale cudów nie ma - jeśli kierowca autobusu, samochodu osobowego, skutera, czy czegokolwiek innego, jedzie nawet dziesięć na godzinę to i tak nie jest w stanie zahamować w miejscu.

A wychodząc wprost pod czyjeś koła taką sytuację wymuszamy.
Potem następuje wielkie zdziwienie, że ktoś uległ wypadkowi. I od razu krzyk, że zawinił kierowca, bo nie wyhamował. Osoby wyrażające taką opinię powinno się wsadzić do samochodu i zrobić im mały test, czy w ciągu sekundy zatrzymają pojazd z prędkości 50 km/h, czyli dopuszczalnej w terenie zabudowanym. Jeśli zdadzą ten test, to wtedy będą mogły się wypowiadać.

Czy to jest problem? Oczywiście!

Świadczy o tym między innymi prowadzona przez śląską policję akcja "rok pieszego". Jest ona organizowana po raz czwarty i chociaż liczba ofiar śmiertelnych spada, to jedynie w tym roku na śląskich drogach zginęło już czternastu pieszych z winy zarówno kierowców, jak i samych pieszych.

Post publikowany również na Sprawy Kryminalne

11 lut 2012

Co dalej, Panie Koj?

nettg.pl
Walące się budynki, powolne zamieranie BECEKU, zamykanie Elektronika i na koniec masowe pękanie rur. Oto kilka przyczyn, przez które mieszkańcy coraz mniej są zadowoleni ze swojego prezydenta.
            „Chcą odwołać Koja i radnych” - tak głosi tytuł na pierwszej stronie najnowszego „Życia Bytomskiego” oraz artykuł na stronie internetowej „Dziennika Zachodniego”. Grupa pięciorga osób rozpoczęła zbieranie podpisów w sprawie rozpisania referendum, podczas którego mieszkańcy zadecydują o losie prezydenta. Jak mówi jeden z inicjatorów akcji dla „Dziennika Zachodniego”, Janusz Wójcicki: - Musieliśmy tak zareagować. (...) Co mamy robić, jeśli ktoś unika z nami konkretnego dialogu? Mamy zacząć głodówkę? *
              Sam prezydent przesłał oświadczenie, które „DZ” publikuje w całości: "Demokracja, jako ustrój, daje mieszkańcom wiele możliwości udziału i wpływu na władzę. I ja to szanuję. Jednym z tych elementów jest stała ocena mojej pracy. Codziennie podejmuję działania, które mają jeden cel rozsądne zarządzanie naszym majątkiem dla dobra całej wspólnoty Bytomia. Podkreślam całej wspólnoty, bo przecież z inicjatywa referendum powstała jako efekt sprzeciwu przeciwko przeniesieniu szkoły, do której uczęszczają niejednokrotnie dorośli uczniowie, do innego, nieodległego budynku. Dojrzałość i odpowiedzialność nie pozwalają mi obiecać wszystkim wszystkiego, czego chcą. Odważnie podejmuję więc także niepopularne decyzje, zdając sobie sprawę z tego, że tego wymaga nasze wspólne dobro." *

              Faktem jednak jest, że wielu młodych ludzi jest zawiedzionych decyzjami prezydenta Koja oraz nie kryje frustracji z powodu wyników ostatnich wyborów samorządowych. Niektórzy nawet z goryczą przyznają, iż otwarcie C.H. Agora było chwytem marketingu politycznego, który pozwolił na reelekcję. Obecnie coraz więcej mieszkańców zauważa, że chociaż w Bytomiu zachodzi wiele zmian na lepsze, są one czynione kosztem innych, często pilniejszych, spraw. Przykład? Budowa Orlików i kontenerów dla bezdomnych przy jednoczesnym braku pieniędzy na remonty kamienic w śródmieściu; decyzja o zamknięciu ostatnich kopalni, kiedy stopa bezrobocia w naszym mieście wynosiła w grudniu ubiegłego roku 19,1% . Dla porównania, średnia z całego województwa w grudniu wynosiła 10,1%**.

              Nie wszystkie pomysły i inwestycje są złe i to należy przyznać. Podjęcie decyzji o przebudowie bytomskiego odcinka drogi 88 (kierunek Gliwice i A4), próba odświeżenia parku miejskiego oraz, nieco spóźnione, wyburzanie budynków, które zagrażają zdrowiu i życiu było jak najbardziej trafne. Jednak trzeba się liczyć również z tym, że drobnymi gestami mieszkańców się nie udobrucha, zwłaszcza, jeśli splot wielu wydarzeń jest tak nieprzychylny.
             Obecnie pozostaje czekać na dalszy ciąg wydarzeń. Żeby referendum mogło dojść do skutku, jego pomysłodawcy muszą zebrać 14 tysięcy podpisów w ciągu 60 dni.


*Źródło: Dziennik Zachodni http://www.polskatimes.pl/artykul/502227,listy-na-ulicach-bytomianie-chca-odwolac-prezydenta-oraz,id,t.html
** Dane: Powiatowy Urząd Pracy http://www.pupbytom.com.pl/index.php?id=32

7 lut 2012

Kupa problemów

  • Mamo, mamo! Znalazłem kasztanka! - krzyczy dziecko i biegnie do matki. Ta z lekkim obrzydzeniem ogląda zdobycz malucha.
  • To nie kasztan, to psia kupa.

Filip Klimaszewski / AG
         Sytuacja o wiele bardziej realna niż może się wydawać. Wrzesień jest czasem, kiedy mnóstwo dzieci przychodzi do parku z rodzicami lub nauczycielami. Zbieranie kasztanów to wciąż atrakcja dla maluchów. Tylko, że dziś w parku łatwiej znaleźć psie odchody niż kasztany.
              Zwierzęta muszą się załatwiać, jednak obowiązkiem właścicieli powinno być sprzątanie po swoim pupilu. Niestety w Bytomiu, tak samo, jak jeszcze w wielu miastach Polski, nadal nie ma maniery wyrzucania psich odchodów do specjalnych koszy. Co więcej – starsi ludzie z jednej strony narzekają na zapaskudzone chodniki, z drugiej – uważają za niedopuszczalne schylenie się i posprzątanie po psie.
              Problem, choć nie grozi kataklizmem, jest istotny, ponieważ wpływa na ogólną estetykę miasta. Nie wystarczy powiesić na bloku tabliczki: „zakaz wyprowadzania psów”, aby utrzymać w czystości osiedlowy trawnik. Zwierzę i tak się gdzieś załatwi, jeśli nie na trawniku pod tym blokiem, to pod innym, ewentualnie w piaskownicy lub na środku chodnika. Problem nie zniknie tylko dlatego, że ktoś odgrodzi swój teren przy pomocy kilku słów. Od tego jesteśmy ludźmi i właścicielami psów, aby brać za nie odpowiedzialność. Dziecku również nie zabraniamy korzystania z nocnika tylko dlatego, że nie chce się nam go potem wyczyścić. Nikt nie wiesza w mieszkaniu tabliczek: „zakaz korzystania z pieluch”.
           Zwierzęta w pewnym sensie są jak dzieci – opiekujemy się nimi, karmimy, bawimy się, kąpiemy,nawet szczepimy i leczymy. Dlaczego więc nie sprzątamy? Argumentów można znaleźć wiele: obrzydzenie, lenistwo, brak odpowiednich koszy na śmieci, woreczków, szufelek... Warto jednak pamiętać o tym, że głównie chodzi tutaj o brak chęci. Bo gdy człowiek chce, to potrafi. Brak czasu? Sprzątanie zabierze może z pół minuty.
            To nie jest tylko kwestia pokazania, jak bardzo jesteśmy odpowiedzialnymi ludźmi. Kultura to nie tylko chodzenie do teatru, opery czy kina. Kultura miasta nie sprowadza się do ilości teatrów, ale również do kultury mieszkańców. Ta z kolei to nie kwestia używanych przekleństw, ale też dbania o naszą małą ojczyznę, której kochać nie musimy, ale utrzymać w czystości by wypadało.

3 lut 2012

Co dalej z parkiem miejskim?


Kiedyś – chluba nie tylko miasta, ale też całego Śląska. ZOO słynne na całą Europę i stawy, po których pływały łódki. Dziś staramy się chwalić jedną wyremontowaną ścieżką i skateparkiem.

          Park imienia Franciszka Kachla to jeden z wielu przykładów wieloletniego zaniedbania. Alejki, które po deszczu zmieniają się w błotniste rzeki, góry śmieci na każdym kroku i staw, którego brzeg do niedawna był całkowicie zarośnięty pokrzywami (często przerastającymi dziecko).
mapa.nocowanie.pl
        Unowocześnianie zieleni miejskiej idzie powoli – nie możemy się spodziewać szybkich zmian w miejscu, które niszczało przez kilka prezydenckich kadencji. Do rozkładu dochodzi powoli, tak samo jak i do poprawy wszelkiej estetyki. Pierwsze zmiany każdy bytomianin zauważył – stworzenie ścieżki rowerowej, próba modernizacji placów zabaw czy renowacja mostku. Jednak to cały czas za mało. Za rzadko się sprząta, za rzadko pielęgnuje zieleń, która pozostawiona sama sobie rozrasta się i tworzy dzikie chaszcze. W parku można zauważyć zmniejszoną ilość rodziców z małymi dziećmi a o wiele więcej właścicieli psów.
          Powodów jest kilka – przede wszystkim, żaden rodzic nie ma siły pchać wózka po zniszczonych alejkach, uważając przy okazji żeby nie wjechać w psie odchody. Kolejna sprawa – zwiększająca się z każdym rokiem liczba komarów, które osiedliły się w obu stawach. Wychodząc na krótki spacer można wrócić z wieloma swędzącymi ukąszeniami. A dzieci są szczególnie wrażliwe na wszelkie ukąszenia owadów. I ostatnia, z najważniejszych spraw – wszechogarniający brud. Mało która matka wypuści swoją pociechę z wózka, wiedząc, że ta od razu natknie się na stos śmieci, które z chęcią włoży do buzi. Wiadomo, że dziecko powinno się hartować, jednak to chyba nie jest najlepszy sposób.
Można powiedzieć, że to są drobne kwestie i dotyczące tylko wąskiej grupy osób – rodziców. Jednak gdyby się temu przyjrzeć, park miejski nie jest też już atrakcją dla starszych dzieci czy młodzieży. Skatepark, basen odkryty i wyremontowany Torkacik – trzy miejsca rozrywki na tak dużą przestrzeń. Najbardziej z tych obiektów jest oblegany basen – Torkacik, pomimo wcześniejszej popularności, dziś często świeci pustkami. Problem leży w samej młodzieży, a może w niespecjalnej promocji pozostałych obiektów?
         A ludzie dorośli? W parku oprócz „Misiów” nie ma miejsca, gdzie można by na chwilę usiąść, porozmawiać i się napić, chociażby zwykłej wody. Jedno miejsce, przekształcone z dawnego ZOO. Czy naprawdę powinniśmy się cieszyć, że chociaż to mamy, czy jednak mamy prawo do czegoś więcej?
Naturalnie, w chwili, kiedy miastu grozi seria katastrof budowlanych, nikt nie będzie martwił się miejską zielenią. Oczywiste są pewne priorytety dla władz miejskich i tego kwestionować nikt nie może. Ale w przyszłości, może zamiast się chwalić małymi kroczkami, lepiej byłoby zrobić coś raz, dobrze i do końca?

24 sty 2012

Głowy w górę!

Bytom to szare i brzydkie miasto? Możliwe. Jednak wystarczy tylko podnieść głowę nieco do góry, aby dostrzec niszczejące piękno.
mojbytom.pl

          Drobny apel do mieszkańców – przypatrujcie się starym kamienicom, póki macie jeszcze okazję. Poświęćcie minutę ze swojego dnia, aby dostrzec historię naszego miasta. Te sześćdziesiąt sekund nie sprawi, że dotrzecie na czas, a może wywołać uśmiech.
         Ulica Sądowa – za nami świeżo wyremontowany budynek Sądu Rejonowego, przed nami Prokuratura Rejonowa i masa kamienic. Na wysokości oczu widać sklepy i przychodnię Sante. Gdy przeniesiemy wzrok na pierwsze piętro kamienicy, możemy dostrzec wyjątkowe płaskorzeźby – w nie najlepszym stanie, ale niespotykane. W centrum miasta, tuż koło nowoczesnej Agory można dostrzec zdobienia przy oknach czy pod parapetami. Dwie płaskorzeźby, które przypominają pomnik Wenus z Milo i wszechogarniający motyw winnej latorośli. Sztuka, którą można obejrzeć bez wizyty w muzeum.
           Kolejny przystanek – ulica Dworcowa. Deptak pełen banków i sklepów z butami. No i oczywiście McDonald, KFC. I znów wystarczy spojrzeć ciut wyżej, na wysokość pierwszego piętra, aby dostrzec zdobienia. Historia czająca się w tych budynkach każdego dnia macha nad głowami amatorskich muzyków do przechodniów, którzy wlepiają swój wzrok w płyty chodnika.
Gdyby Dworcową iść dalej, dojdziemy do Moniuszki, która o swojej wyjątkowości dawno zapomniała. Kolejne płaskorzeźby zapomnianych artystów, ramy okien wstawione między dwoma małymi dziełami ludzkich rąk. Prawdopodobnie nawet mieszkańcy tych budynków nie zwracają uwagi na to, w jak starym domu mieszkają. Żłobienia w elewacji traktują raczej jako brzydactwa, które wyjątkowo łatwo przyciągają uliczny brud.


            Co dalej? Powrót do ścisłego centrum, idziemy od placu Kościuszki do Rynku. Przechodzimy przez ulicę Gliwicką, gdzie najlepiej widać, jak traktuje się zabytki w naszym mieście. Budynek tak zaniedbany, że zawalił się od środka. Stare kamieniczki odnawiane na nową modę, tak, żeby pasowały do designu sklepu/salonu/biura podróży. Tutaj lepiej się nie zatrzymywać, zwłaszcza, jeśli zna się to miasto od kilkunastu czy kilkudziesięciu lat, bo żal serce ściska, jak można doprowadzić do takiego stanu rzeczy.
I w końcu Rynek, przez złośliwych nazywany Placem Czerwonym. Nasza ozdoba, wizytówka miasta. Miejsce, które powinno być wyglansowane do połysku, aby każdy kto odwiedza Śląsk, wpadł chociaż na chwilę do Bytomia i zachwycił się tym jednym z najstarszych miast w Polsce. Może za kilka lat uda nam się to osiągnąć. Póki co, odnowiona jest elewacja przy Biurze Promocji Bytomia i fragmenty przy sklepach, mniej więcej do wysokości pierwszego piętra.
              Czas idzie na przód, nie można go zatrzymać. Ale spójrzmy na inne miasta, które pielęgnują chociażby najmniejszy zabytek. Kamienice to nasza historia. Skoro nie są odnawiane, to chociaż przyjrzyjmy się im i zapamiętajmy. Bo za kilka lat możemy je zobaczyć już tylko na starych pocztówkach.

16 sty 2012

Jak wypromować Bytom?

         Specyfika imprez kulturalnych w Bytomiu? Mała frekwencja. Powód? Słaba promocja.
         Mamy problem z promocją miasta – to może zauważyć każdy bytomianin, który chociaż minimalnie interesuje się życiem kulturalnym. Imprezy są organizowane, jednak mało kto na nie przychodzi. Dotarcie informacji o jakimś wydarzeniu do mieszkańców jest znikome. Po co więc cokolwiek organizować?
        W marcu organizowany był Festiwal Nauki i Sztuki w Bytomiu, na który zapraszano uczniów szkół podstawowych, gimnazjów i szkół średnich. Miał on dopomóc w wyborze placówki oświatowej po zakończeniu danego etapu edukacji. Informacja o tym wydarzeniu trafiła do dyrektorów szkół i...nic. Sucha informacja, bez planu wypromowania Festiwalu wśród młodzieży szkolnej, bez nawet plakatów czy zrobionych w przystępnej formie programów. Na mieście wisiał jeden plakat informujący o Festiwalu, a zapytani uczniowie robili wielkie oczy, że w sumie to oni nic o nim nie wiedzą.
          Kolejny przykład? Koncert Starego Dobrego Małżeństwa w Beceku, który miał miejsce w kwietniu. Coraz rzadziej udaje nam się zaprosić prawdziwe ikony muzyki, a SDM jest jedną z takich ikon, jeżeli chodzi o poezję śpiewaną. Sala podczas koncertu była pełna, jednak, żeby dowiedzieć się o tym wydarzeniu, trzeba było wejść na stronę zespołu. Na witrynie Beceku informacja pojawiła się dopiero w momencie, kiedy wszystkie bilety na koncert były już wysprzedane. W Bytomiu był wywieszony tylko jeden plakat – na drzwiach Centrum Kultury, w dodatku w niewidocznym miejscu. Dla porównania, kiedy SDM przyjeżdża do Chorzowa, z okien tramwaju można zobaczyć na każdym słupie ogłoszeniowym plakat o tym informujący.
           Dalej – inicjatywa Beceku pt. Kabarety Za Dwa Zety. Pomysł ciekawy – za dwa złote można było zobaczyć młodych kabareciarzy, którzy dopiero zaczynają się wspinać po medialnej drabince. Efekt braku rozpowszechniania informacji o tym – mniej niż połowa zajętych miejsc w salce, a i tak większość widzów to byli znajomi organizatora. A potem dziw, że nikomu się nie chce niczego robić.
Przykłady można mnożyć, od małych po całkiem duże imprezy – nawet koncert Lady Pank nie był szczególnie rozreklamowany, wisiał praktycznie jeden billboard naprzeciwko M1. Pewnego dnia zadzwoniłam z pytaniem do Biura Promocji Bytomia, dlaczego tak się dzieje i czy naprawdę oni uważają, że to jest dobra polityka. Pani, z którą wtedy rozmawiałam, uznała, że ich sposób promocji miasta jest doskonały i że mam ich nie pouczać, jak to powinno się robić. A jeżeli mam jakieś pomysły, to mam je spisać i wysłać mailem. Jak znajdą czas, to może ewentualnie przeczytają i rozpatrzą niektóre z nich.               
            Problem polega na tym, że chociaż bardzo chcemy wykreować miasto na kulturalne i nowoczesne, nie zrobimy tego bez skutecznej promocji. Miasto, pomimo starań, zamiast ożywać, tak naprawdę kulturalnie dogorywa i prawdopodobnie przyczyna jest prosta – brak pieniędzy i brak odpowiednich osób, które chciałyby coś zrobić z obecnym wizerunkiem miasta. Jedno nakręca drugie – nikt nie chce pracować za darmo, zwłaszcza, jeśli ma dać z siebie pełnię kreatywności i pomysłowości. A skoro nikt nam nie chce płacić właściwej do usług stawki, to po co się wysilać. To prowadzi do tego, że promocją nadal zajmują się te same osoby, które problemu nie widzą.
             Rada jest prosta: sytuację powinno się potraktować jak chorobę. Nie leczyć skutków, czyli zmniejszającej się liczby imprez kulturalnych, tylko objawy – reklamować to, co się dzieje. Im więcej osób będzie uczęszczało na dane wydarzenia, tym więcej pieniędzy trafi do miejskiej kasy.

10 sty 2012

Brak połączeń = ucieczka z miasta

forum.gkw24.pl
Bytomski Dworzec obecnie wygląda jakby chylił się ku upadkowi, a zmniejszająca się liczba połączeń z naszego miasta wydaje się tą tezę potwierdzać. Czy jest za późno na zmiany?

Trasa Bytom-Kraków. Prosta, przyjemna, zabierająca na dojazd około dwie i pół godziny. Dlaczego tak długo? Głównie z powodu braku bezpośrednich połączeń między tymi miastami. Odległość nie jest duża: z Bytomia do Krakowa jest około osiemdziesięciu kilometrów. Podróżny jednak nie może tam dotrzeć bezpośrednio – jest zmuszony na przesiadkę w Katowicach lub Gliwicach, w zależności od wyboru trasy.  A to dodaje niepotrzebne dwadzieścia kilometrów, które, jak wiadomo osobom korzystającym z usług PKP, liczy się z wyższą ceną biletu. Teoretycznie jest to opłacalne, ale tylko i wyłącznie dla spółek kolejowych.

Dalsza część artykułu dostępna TUTAJ