Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uniwerek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uniwerek. Pokaż wszystkie posty

29 kwi 2012

Z archiwum: Śląskie Juwenalia vs. Opolskie Piastonalia




Opolskie Piasty dobiegły końca. Tłum studentów, konkurs na Największą Zupkę Chińską czy koncert Waglewskiego, Brodki i Strachów na Lachy – to przyciągało żaków do zabawy na błoniach Politechniki. A co się działo za miedzą, podczas przejęcia przez studentów Katowic?

Zabawa w Katowicach rozpoczęła się tradycyjnym już barwnym korowodem, którego start nastąpił pod Uniwersytetem Ekonomicznym. Celem pochodu było zdobycie rynku i zawładnięcie Spodkiem, gdzie prezydent Piotr Uszok wręczył żakom symboliczny klucz miasta. Pierwszy dzień studenckich zabaw ukoronował koncert Bob One oraz AfterParty Oko Miast.

Kolejne dwa dni to wielkie świętowanie na terenach Osiedla Akademickiego LIGOTA, gdzie m.in. podczas „MegaFajnego Kabaretonu”, studenci śmiali się z wybijającego się pomału kabaretu Statyf oraz znanego ze srebrnego ekranu kabaretu LIMO. 18 maja, podobnie do opolskich Piastonaliów, odbyła się bitwa akademików, studencka wyżerka zwana wielkim grillowaniem i to co najważniejsze podczas studenckiej zabawy – koncerty, koncerty i jeszcze raz koncerty. Pod oknami akademików rozbrzmiewała muzyka reggae zespołów NELL, L.U.C. I gwiazdy środowego wieczoru, czyli JAMALA, a na zakończenie organizatorzy zaproponowali Kino Pod Chmurką.

Szumny Dzień Klubowy ograniczył się do kiwania się przy muzyce AKCENTa czy wzięciu udziału w intrygująco brzmiącym PIANA PARTY w Klubie Studenckim KWADRATY. Na tę okazję organizatorzy przygotowali przeszło czterdzieści tysięcy litrów piany tylko po to, aby oblać nią tańczących i bawiących się uczestników przy muzyce klubowej.
Za to końcówka Śląskich Juwenaliów mogła wprowadzić w podziw – Totalna Inwazja Studentów opanowała lotnisko Muchowiec, gdzie przez dwa dni występowała gwiazda za gwiazdą. Bez wytchnienia grały takie zespoły jak MUCHY, Strachy Na Lachy, Czesław Śpiewa oraz ikony polskiej muzyki takie jak KULT czy MYSLOVITZ.

Jak przy tym wygląda Opole? PO i UO z roku na rok przygotowują coraz lepszy plan imprez, jednak organizując Piastonalia w tym samym czasie co Śląskie Juwenalia jest mocno ryzykowne. Co z tego, że my również bawiliśmy się przy zespole Strachy Na Lachy, a Myslovitz gościło u nas ledwo przed rokiem? Siła przyciągania przy konkurencji śląskich uczelni może być jeszcze zbyt mała. Mamy jednak pewną przewagę – samorządy opolskich uczelni wprowadziły dni tematyczne Piastów i potrafiły sprawić, że nazwa współgrała z tym, co się faktycznie działo. Śląsk przy tej okazji upadł, nazywając poszczególne dni zabaw dość luźno i nie korzystając z pełni możliwości zarówno sponsorów, jak i inwencji twórczej samych studentów. Drugim ważnym aspektem jest fakt, że Opole, póki co, nie wymaga opłat za wstęp na poszczególne imprezy. Trzymając się tematyczności i bezpłatności Opole wkrótce przebije Katowice. A jak na razie – dzielnie walczymy!

22 kwi 2012

Dwa Zety na Kabarety – czyli STATYF w Bytomskim Centrum Kultury



Lutowe Dwa Zety miały zaprezentować bytomianom Kabaret STATYF. Jednak w cenie biletu widzowie mieli okazję również zapoznać się z Kabaretem Grzdyl.
Dwa Zety na Kabarety to pomysł BCK na promowanie kabaretów, które jeszcze nie zrobiły kariery w telewizji, ale już mają na swoim koncie kilka ważnych nagród na ogólnopolskich przeglądach. Takim kabaretem jest właśnie STATYF, który powstał w maju 2002 roku w Dąbrowie Górniczej. Początkowo liczył on czterech członków: Damiana Kubika, Tomasza Myca, Andrzeja Byrzykowskiego i Adama Kowalskiego. Obecnie tworzą go Damian Kubik i Krzysztof Korzeniecki, jednak bytomska publiczność mogła zobaczyć w akcji tylko Kubika. Ważnym osiągnięciem tego kabaretu jest występ w Wieczorze Ostatniej Szansy podczas Przeglądu PAKA 2010. Ich program „Black and White” zaprowadził kabaret do Wieczoru Ostatniej Szansy podczas Przeglądu PAKA 2010.Tyle wiemy o STATYFIE, a o Kabarecie Grzdyl? Niewiele – tylko tyle, że również pochodzi z Dąbrowy Górniczej i swoje początki miał w Pałacu Kultury Zagłębia. Oba kabarety prezentowały przed publicznością swoje skecze naprzemiennie, rozpoczynając od Statyfa. Na bis organizator zaproponował małą zabawę w stand up – czyli kilka scenek improwizowanych, których miejsce i bohaterów proponowała widownia.

9 kwi 2012

Archiwum: SDM w Bytomiu


„Bieszczadzkie Anioły”, „Jest już za późno, nie jest za późno” czy „Nie brookliński most” - to tylko część tego, co publiczność miała okazję usłyszeć w minioną sobotę w Bytomskim Centrum Kultury.
Stare Dobre Małżeństwo to zespół występujący od ponad ćwierćwiecza na polskiej scenie muzycznej. Grają trudną, dla wielu niezrozumiałą muzykę, jaką jest poezja śpiewana. Pomimo tego na koncercie sala była wypełniona po brzegi. I chociaż początkowo publiczność była raczej ospała, to po sugestywnej zapowiedzi lidera zespołu, Krzysztofa Myszkowskiego, powszechnie znanego „Jak” zaangażowała się całym sercem. Dało się to także odczuć pod koniec koncertu, kiedy Stare Dobre Małżeństwo przez ponad czterdzieści minut nie potrafiło zejść ze sceny, dając bis za bisem. Nadeszła jednak chwila, kiedy wybrzmiała ostatnia nuta ostatniego z pięciu bisów, zespół ukłonił się i opuścił scenę. Jest to najlepszym dowodem na to, że SDM jest zespołem specyficznym, potrafiącym rozruszać nawet najbardziej drętwą widownię.
Na filmiku fragmenty kilku utworów, które usłyszeli bytomianie 9 kwietnia.


25 mar 2012

Film "Nie-pamięć"


Dziś nie do końca dziennikarsko. Film stworzony na zajęcia "Kino jako medium polityczne". W zasadzie mój największy sukces, jeżeli chodzi o ostatnie trzy lata w Opolu. Pochwała z ust dr Minknera to jak uczelniany Oskar. Tak czy siak - mam do niego sentyment, ponieważ jest to jedno z nielicznych moich dzieł, z których naprawdę jestem dumna. 
Zapraszam do oglądania i komentowania.


11 mar 2012

Awantura o ACTA


se.pl

Walka z piractwem w internecie. Dla jednych brzmi to świetnie, dla innych beznadziejnie. Dlaczego wokół jednej umowy handlowej rozpętała się prawdziwa burza.

            Dziś, według polskiej praktyki narodowej, wszyscy jesteśmy ekspertami od ACTA. Wszyscy o niej słyszeli, mało kto czytał, ale większość krytykuje. Dokument, który w teorii ma umożliwić państwom Unii Europejskiej, Stanom Zjednoczonym oraz Japonii walkę z podróbkami i piractwem. Czyli nomen omen ma dbać o interesy zarówno koncernów, korporacji, jak i odbiorców, aby nie dali sobie wcisnąć źle podrobionego garnituru Armaniego. Po co więc ta cała awantura?

           Jeden dokument, demonizowany bardziej od całego kodeksu prawa karnego, który zawiera o wiele więcej nielogiczności i dziur. Bo właśnie niespójność zarzuca się tej umowie. Faktycznie, chociaż napisana w miarę prostym językiem, sprawia wrażenie prawniczego bełkotu, z którego nic nie wynika. Ogólne założenia, które jednocześnie nie zmuszają państw do zmiany przepisów, ale wymagają dostosowania istniejącego prawa. Gdzie sens, gdzie logika?
vbeta.pl
           Czy naprawdę tylko ten aspekt sprawił, że Polacy poczuli żądzę krwi i chęć do narodowego zrywu? Ależ nie. Tak naprawdę sama treść ACTA dla większości facebookowych inicjatorów marszy o wolność internetu była sprawą drugorzędną. O wiele bardziej ugodził ich fakt trzymania informacji o tej umowie w tajemnicy. Ludzie poczuli się oszukani, jednak nie tylko przez rządzących, ale też przez media. Bo kto, jak nie telewizja czy portale internetowe, miał wyłapać co się święci? A tymczasem użytkownicy wirtualnego świata musieli sami pogrzebać w czeluściach stron www i odkryć straszną prawdę: koniec z darmowym (i nielegalnym) ściąganiem plików! Premier był tuż tuż od złożenia (w osobie ambasadora) kolejnego ukradkowego podpisu, który znacząco wpłynąłby na nasze życie. I mu nie wyszło.
              Tak, kolejnego, gdyż warto sobie przypomnieć, iż to nie pierwszy raz za plecami społeczeństwa, pod osłoną szumu medialnego, chciał wprowadzić reformę. No bo kiedy obywatele dowiedzieli się o podwyżce podatku VAT? Jakiś miesiąc przed wejściem w życie tejże podwyżki. Wcześniejsza debata społeczna nie wypaliła ze względu na rozdmuchanie sprawy dopalaczy i walki o krzyż przed Pałacem Prezydenckim. Projekt reformy OFE, zakończony debatą Rostowski-Balcerowicz, również przeszedł cichaczem, prześlizgując się między SLDowskim projektem ustawy o związkach partnerskich a przygotowywaniem rocznicy katastrofy smoleńskiej. 
w785.wrzuta.pl

              Dlatego można śmiało powiedzieć, że sprawa ACTA była po prostu kroplą, która przelała czarę goryczy Polaków. Bo patrząc prawdzie w oczy, czy ta umowa zmieni aż tak dużo? Od dawien dawna wiadomo, że podróbki i piracenie jest czymś złym, karalnym, a zarazem bardzo kuszącym. Walka z tymi procederami trwa od lat, a jakoś nie widać ani wygranych, ani przegranych. Wprowadzenie nowych przepisów zmieni tylko formę piractwa, tak samo jak zmieniła się, kiedy ludzie przerzucili się z kupowania kaset i płyt na ściąganie plików z internetu. Przestępcy zawsze są o krok do przodu w stosunku do organów ścigania, a sami internauci brakiem kreatywności również nie grzeszą.

              Tak czy inaczej, sama sprawa jednej umowy handlowej jest tak naprawdę maską, społeczną wydmuszką, która przykrywa ogrom żali i pretensji do rządu. Do rządu, który sami tak niedawno wybierali. Chociaż, czy na pewno? Liczyliśmy na kolejny rząd „profesjonalistów”, a nie „zderzaków”, które mają jedynie ochraniać premiera. Tylko, podstawowe pytanie, od kiedy to Polacy ufają politykom. Bo skoro jesteśmy tacy łatwowierni, to nie dziwmy się, że traktują nas oni jak bezwiedne owce, którym nic nie trzeba mówić, a one i tak grzecznie pójdą za pasterzem.

27 sty 2012

Fotoreportaż - Kaczki

Dziś fotoreportaż robiony na zajęcia "Fotografia w mediach".
Ponoć pierwsze zdjęcie ma potencjał. A jak Wy uważacie?

I mała refleksja - nigdy nie myślałam, że uchwycenie rzucania kawałka bułki kaczkom przez dziecko będzie aż tak trudne ;)







6 sty 2012

Zimny Piasek

nto.pl

Śniadanie do łóżka”, „Gdy śliczna panna” - tymi utworami próbował rozgrzać opolską publiczność Andrzej Piaseczny. To wszystko w ramach wspierania fundacji Happy Kids.
Cykl grudniowych koncertów Piaska na terenie większych miast Polski miał jeden główny cel – wesprzeć budowę rodzinnych domów dziecka. Tym właśnie zajmuje się fundacja „Happy Kids”, która niesie pomoc i umożliwia edukację dzieci, o których nie potrafią lub nie chcą się troszczyć rodzice. Oprócz tego wspiera rodziców, nad którymi wisi groźba utraty praw opieki nad dziećmi.
Jednak czy grudzień jest naprawdę odpowiednią porą na organizowanie takich akcji? Mroźne wieczory, parkingi hipermarketów Tesco i przedświąteczny szał zakupów to elementy, które mogły sprawić, że cała akcja nie najlepiej się udała. Ludzie zamiast wrzucać pieniądze do puszek, pędzili przed siebie i nawet jeśli zauważali, że ktoś występuje, najczęściej przystawali tylko na chwilę, po czym uciekali do środka hipermarketu.
Sam Piasek również się nie popisał. Od doboru repertuaru, przez zachowanie na scenie po nawet scenografię. Zacznijmy od repertuaru. Koncerty charytatywne rządzą się pewnymi ustalonymi prawami, a jednym z nich jest przyciągnięcie uwagi publiczności, aby jak najdłużej pozostała pod sceną po to, żeby wolontariusze mogli jak najwięcej pieniędzy zebrać. To wiąże się między innymi z tym, że artyści decydują się raczej na swoje hity, odkładając na inną okazję próbę promocji najnowszej płyty. Dlatego pomimo tego, że początek koncertu był stosunkowo dobry, choć banalny, bo dawny utwór Skaldów wprowadził publiczność w świąteczną atmosferę, to niestety dalsza część była równią pochyłą. Piasek uznał za stosowne popisać się swoim najnowszym utworem. Efekt był katastrofalny – muzyk zapomniał tekstu „To co dobre”, a słuchacze dość ponuro spoglądali po sobie po to tylko, aby uciec na zakupy. Owszem, pojawiło się kilka hitów, takich jak „Śniadanie do łóżka” , „Rysowane Tobie”czy „Chodź, przytul, przebacz”, jednak nawet to nie rozgrzało publiczności. 
fakt.pl
 
Kolejną sprawą jest kontakt z publicznością oraz poruszanie się samego Andrzeja Piasecznego po scenie. Wśród słuchaczy dało się wyczuć przekonanie, że artysta jest po prostu pijany, ponieważ jego żarty śmieszyły praktycznie tylko jego, a i zwracał się bardziej do siebie niż do publiki. Wiele osób podczas koncertu delikatnie kpiło z artysty, uznając, że porusza się bardziej jak raper albo, że próbuje przytrzymać się mikrofonu, żeby nie upaść. Podobne zachowania publiczność znała już z występów zespołu Lady Pank, jednak po Piasku spodziewano się o wiele większej klasy. Ponadto powraca problem celu koncertu – Piaseczny ani razu nawet nie zająknął się na temat fundacji Happy Kids, nie przekonywał ludzi, aby w ten świąteczny czas podzielili się chociażby groszem z potrzebującymi. W końcu fundacja wykorzystała jego występy do zbiórki pieniędzy, bo miałby największą siłę przebicia, a wyszło tak, że wolontariusze byli odprawiani z kwitkiem.
Przedostatnia rzecz, to scenografia. Skoro koncert przedświąteczny, skoro kolędy – o których jeszcze za chwilę – to scena powinna być lepiej udekorowana. Jeden sztuczny bałwan nie wystarczył, a dyskotekowa kula tuż nad głową piosenkarza dość skutecznie rozpraszała uwagę. Może i to nie zależało od samego artysty, ale to też miało wpływ na odbiór.
Ostatnią natomiast rzeczą, która położyła ten koncert na łopatki, były bisy. Po pierwsze – sama publiczność nie wykazała cienia chęci wysłuchania jeszcze dwóch czy trzech piosenek. To powinno samo w sobie dać do myślenia nie tylko Piaskowi, ale również prowadzącemu koncert, spikerowi Radia Opole, Donatowi Przybylskiemu. Ludzie byli zmęczeni, wymarznięci i zniechęceni całym tym widowiskiem, a nie zaczęli się rozchodzić prawdopodobnie tylko dlatego, że byli dobrze wychowani. Publiczność milczała, prowadzący w jej imieniu wołał o bis i całość wyglądała trochę żałośnie. Piasek ponownie wszedł na scenę i... zepsuł swój największy hicior sprzed lat. „Prawie do nieba” było wykonane tak, że słuchało się tego z pewną masochistyczną zachłannością. I znów skojarzenie z koncertem Lady Pank, tym razem z Sylwestra z Dwójką – niekończący się refren pod koniec utworu. Ile razy publiczność musiała wysłuchać „Prawie do nieba wzięłaś mnie, a wtedy padał śnieg! Prawie do nieba wzięłaś mnie w zimny ciemny dzień”, to trudno policzyć. Przynajmniej sześć, może nawet dziesięć razy. Piosenka nie miała końca i właściwie była kwintesencją tego koncertu, który był od początku do końca fiaskiem. Kiedy jednak w końcu udało się zakończyć ten utwór, przyszedł czas na dwie kolędy. Można wszystko zrozumieć. Zapominanie tekstu nowej piosenki, pajacowanie na scenie, ale pominięcie zwrotki kolędy? Wstyd, panie Andrzeju, wstyd!
koktajl.fakt.pl

Ogólne wrażenie – marność nad marnościami i ta ocena nie wynika bynajmniej z osobistych uczuć do Andrzeja Piasecznego. Jedni go lubią, drudzy nie, jeszcze innym jest całkowicie obojętny. Pamiętać jednak należy o rzeczy podstawowej – to nie był występ zarobkowy, tylko dla opuszczonych dzieciaków. A nasze odczucia były takie, że raczej modliliśmy się o zakończenie koncertu, niż myśleliśmy o potrzebujących. Czy to wynikało z nieprzyjaznej aury? Na pewno to też miało wpływ, że widowni zwisały sople lodu z nosów, jednak to do artysty należy obowiązek, aby zaangażować swoich odbiorców nie tylko do słuchania i angażowania się, ale także do wrzucenia marnego grosza do puszki. Jednym słowem – klapa i to na całej linii.

Autorki: Jolanta Szwedova, Ewa Wiecha

11 gru 2011

Getto sztuki

Getto sztuki
Andrew McConnell - I nagroda w kategorii Sztuka i Rozrywka - zdjęcie pojedyncze WPP


Kinszasa. Miejsce tak odległe dla Europejczyków, że wielu nie kojarzy gdzie to właściwie jest. Brzmi niecodziko, może Afryka? A jak Afryka, to od razu skojarzenie: bieda, głód i wojny domowe wywołane kolonizacją i dzieleniem kontynentu jak od linijki. I właśnie w tym mieście można było znaleźć coś, co jest symbolem najwyższej kultury – osobę grającą na wiolonczeli.

              Zdjęcie Andrew McConella zdobyło tegoroczną pierwszą nagrodę w kategorii Sztuka i Rozrywka - zdjęcia pojedyncze na World Press Photo. Fotografia, jedna z wielu, która trochę przypadkowo stanie się swoistą ikoną kultury XXI wieku. Zrobiona przez Irlandczyka, który od wielu długich lat jeździ po świecie i stara się obiektywem złapać najważniejsze wydarzenia ze świata. W tym również z Afryki, w której mieszka od czterej lat. Jego zdjęcia były do tej pory publikowane w National Geographic, Newsweeku, Timie i Spieglu. Jednym zdaniem – jest to człowiek, który nie tylko wie, że coś się dzieje w danej chwili na świecie. On w tym aktywnie uczestniczy, poprzez fotografowanie i pokazywanie innym małego skrawka świata.
              Laureat konkursu zdołał uchwycić dość wyjątkową, łamiącą stereotypy, sytuację. Brzydkie, brudne i szare miasto, w którym pędzą ludzie, nie wiadomo dokąd i dlaczego. I w tym mieście, ukryta za blachą falistą, wiolonczelistka. Dokładniej – trzydziestosiedmioletnia Josephine Nsimba Mpongo, która mieszka w Kimbanguiscie, sąsiedzkim mieście stolicy Konga – Kinszasy. Jest ona członkinią Orkiestry Symfonicznej Kimbanguiste, jedynej w tej części Czarnego Lądu. Orkiestry, która składa się głównie z muzyków-samouków, którzy tak jak Josephine, ćwiczą kiedy mogą i gdzie mogą. Na co dzień bowiem kobieta zajmuje się sprzedażą jajek w swojej budce, aby mieć z czego żyć.
                Zdjęcie jest wstrząsające. Po pierwsze dlatego, że zadaje małego prztyczka w nos nam maleńkim ludzikom z tego cywilizowanego świata. Pokazuje nie tylko, że sztuka potrafi istnieć pomimo głodu, biedy i konfliktów, ale również jest dowodem na to, że niezależnie od szerokości geograficznej, wszyscy gdzieś pędzą. Bez zastanowienia, bez patrzenia na drugiego człowieka, tylko prosto przed siebie. Wielu uważa, że to jest oznaką wysokiego standardu życia, że pośpiech wynikł z macdonaldyzacji, która, jak widać, dotarła również w te niepewne rejony Afryki. Ludzie nie posiadają pieniędzy na szczepionki i podstawowe lekarstwa, na większość chorób leczą się penicyliną i chininą, a biegną nie wiadomo gdzie. Brud ulicy z jednej strony kontrastuje z jaskrawymi ubraniami, a z drugiej – zlewa się w jedną niesprecyzowaną masę. Prawie nikt nie potrafi się zatrzymać chociaż na chwilę i zastanowić się nad samym sobą.
                 Tu przechodzimy do drugiego aspektu – oddzielenia, fizycznego odseparowania, sztuki od zwykłych ludzi. Nie muzyki popularnej, czy techno, ale tej wysokich lotów, której coraz rzadziej ktokolwiek słucha. Muzyka poważna oddzielona od reszty przy pomocy chamskiej blachy falistej, najmniej wdzięcznego płotu, jaki można sobie wyobrazić. Artystka jest sam na sam ze swoim talentem, może w spokoju rozkoszować się każdą nutą i nie martwić się innymi. Z tego bardzo łatwo wyłowić trzeci powód, dlaczego akurat to zdjęcie jest jednym z lepszych tegorocznego World Pressu. Josephine wygląda na szczęśliwą. Podkreślają to barwy – szara ulica za blachą contra soczysta zieleń ogrodzenia, żółto-zielone ubranie kobiety i piękna, połyskująca wiolonczela. Intensywna zieleń wskazuje również na nadzieję. Dla sztuki, że jednak nie zostanie zdeptana, zapomniana, ale również dla nas, goniących za lepszym życiem. Istnieje nadzieja, że się nie zagubimy w tym wyścigu szczurów, wystarczy zrobić tylko prostą rzecz: zatrzymać się, chociaż na chwilę, między jednym obowiązkiem a drugim, i poświęcić ją na oddanie się swojej pasji, która najlepiej nas charakteryzuje.
                  Ostatnim powodem, dlaczego akurat polecam to zdjęcie, jest brak krwi. Nie od dziś wiadomo, że World Press Photo to dość krwawe widowisko, godne miana współczesnej walki gladiatorów. Czasami można pomyśleć, że im więcej juchy na fotografiach, tym większa szansa na zdobycie nagrody. Jak widać, da się coś osiągnąć bez pokazywania krwawych walk w Afryce, bez martwych ciał, słowem – bez wzbudzania zbędnego cierpienia czy wręcz obrzydzenia wśród odbiorców. Co więcej – da się bez tego łamać stereotypy, wstrząsać i stawiać ludzi do pionu. 
                  Zdjęcie McConnella wielu z nas tak naprawdę powinno sobie wydrukować i powiesić na ścianie w pokoju, który uważamy za swój azyl. Po to, aby za każdym razem przypominać sobie, że jest coś ważniejszego od codziennej bieganiny oraz, że sztuka nie umiera – po prostu schowała się w swoim prywatnym getcie, aby ciągle na nowo rozkwitać. 


22 paź 2011

Rok Różewicza

Różewicz wielkim artystą był - można by rzec, parafrazując Gombrowicza. Rok 2011 jest właśnie rokiem Mistrza, który nadal jest trochę niedoceniany.

Opole jednak postanowiło uczcić dramaturga poświęcając mu cykl kilku wydarzeń. Poczynając od Happeningu z Tadeuszem Różewiczem, przez konkurs na esej pod tytułem: "Poezja milczenia- milczenie poezji. Twórczość liryczna Tadeusza Różewicza" po wystawę "Plakat do dramatów Różewicza", którą można obejrzeć w Galerii Zamostek Miejskiej Biblioteki Publicznej w Opolu. Uwieńczeniem obchodów Roku Różewicza w Opolu ma być koncert "Do ludożerców" w wykonaniu K. Cichej. Więcej informacji można znaleźć na stronie BMP w Opolu oraz wydanej przez nią "RÓŻEWICZówce".

Dziewczę natomiast wraz z  Gosią eŚ. odwiedziło wystawę plakatów. Trzeba przyznać, że plakaty robiły wrażenie, a większość z nich swoją symboliką powalała na kolana. Nawet jeśli ktoś nie znał danych dzieł dramaturga, bez pudła mógł określić problematykę danej sztuki. Chociaż nie w każdym przypadku - wiele prezentowanych prac było na tyle zawiłych, że obie bohaterki musiały przyznać się do braku wiedzy na temat tego autora.



Zdjęcia z wystawy, prezentujące plakaty:








Na zakończenie - filmik, zawierający opinię Dziewcząt podczas oglądania wystawy: