Dzień jak co dzień. Ot, zaparkowałam
sobie na płatnym parkingu pod uczelnią, załatwiłam, co miałam do
załatwienia i kłusem pognałam z powrotem do samochodu. Podjechałam
grzecznie pod punkt poboru opłat, wysiadłam z samochodu (wypadałoby
w końcu naprawić szybę) i podałam Miłej Pani bilecik parkingowy
razem z banknotem stu złotowym. Błąd. Ja go dopiero wyjmowałam z
portfela, kiedy usłyszałam stanowcze:
- JA NIE MAM JAK WYDAĆ!
